Treking w górach cynamonowych

500-letni rododendron i krwawa tajemnica lasu Shola

Udostępnij

Kerala - indie

12.10.2018

Wybrałem się w krótkich spodniach, bo pogoda wydawała się stuprocentowa. To Indie i jak grzeje to grzeje, jest rano a temperatura około trzydziestu stopni.
Na wszelki wypadek wziąłem koszulę z długim rękawem i bluzę, bo mamy wejść powyżej 2 000 metrów.
Witam się z przewodnikiem, młodym chłopakiem o wysportowanej sylwetce. Czemu on jest w długich dżinsach ?
Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, raczej krytycznie  
i spytał, czy mam długie spodnie.
– Oczywiście, w hotelu- odpowiedziałem- Dlaczego pytasz ? Jest bardzo ciepło.
– Przecież idziemy do lasu – mówi zrezygnowany, jakby to było oczywiste, że po lesie chodzi się w długich spodniach.
Mimo młodego wieku wygląda na profesjonalistę, plecak i buty wskazują na to, że tym razem dobrze trafiłem.
Ruszamy, Charls nadaje ostre tempo, (nie wiem tak się pisze jego imię ale tak usłyszałem). Mijamy cudne, intensywnie zielone pola herbaciane, setki hektarów, jak okiem sięgnąć całe wzgórza w żywopłotach, bajka

IMG_0346

Zatrzymujemy się co jakiś czas, słucham opowieści na temat uprawy.
Dowiedziałem się, że herbata to drzewo, po prostu regularnie przycinane do wysokości pasa indyjskiej kobiety.

– Nie przycinane osiągnęłoby wysokość nawet 25 metrów – tłumaczy. Świeże przyrosty są urywane co dziesięć, piętnaście dni przez 150 lat. Następnie likwiduje się plantację i sadzi nowe drzewka. Dopiero teraz pierwsze założone przez Anglików plantacje są usuwane.

Jesteśmy coraz wyżej, po godzinie docieramy do linii lasu. Tropikalnego lasu Shola, który  zaczyna się obecnie powyżej 1500 n.p.m. Kiedyś zaczynał się niżej, ale został wykarczowany pod pola herbaty.
– Shola – tłumaczy Charls – znaczy krótki, drzewa są niewysokie, najwyżej 10 metrów, bardzo gęste poszycie, liany pod którymi musimy się czasem przeciskać i dziki pieprz owijający się wokół pni.
Bo pieprz to przecież pnącza, teraz po kilku dniach to dla mnie oczywiste. Dużo porostów na pniach, co jak tłumaczy każdy przewodnik na świecie, świadczy o czystym powietrzu. Trudno żeby było inaczej, jak tu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nic tylko pola herbaty i czasami przetwórnie tejże, wokół których czuć przyjemny znany nam zapach herbaty. Drzewka herbaty nie pachną.

Upss, jasno zielona cieniutka żmija przemknęła na wysokości metra gdzieś pomiędzy krzakami.
Charls wyjaśnia, że jest bardzo jadowita i lata pomiędzy drzewami. To znaczy przeskakuje, tak jak przed chwilą prawie przed moim nosem.
Miała z 80 cm, no ładnie się zaczyna, jadowita! Przecież tu nie ma ścieżki, w naszym rozumieniu tego słowa, przedzieramy się przez krzaczory, może one żyją w grupach ?

IMG_0328

– Nic się nie bój – mówi – idę pierwszy i uważnie się rozglądam.
Może i tak, ale jak ona raz przelatuje górą raz prześlizguje się dołem, to czy On to na pewno ogarnia.

Mój przewodnik co chwila się zatrzymuje i ogląda uważnie każde gówienko, to zrobił jeleń, to kupa zostawiona przez dzikie słonie, a to ślady dzikiego bawołu – tłumaczy mi cierpliwie. Bawół jest niegroźny, mówi widząc pytanie w moich oczach, jak nas usłyszy, to będzie skokami uciekał.

Idziemy granią, po obu stronach bardzo ostre spadki, gdzieś przed nami szczyt zakończony przepaścią.
Dłuższy czas na ścieżce, którą ledwo widać, w poszyciu widzę ślady tegoż gaura bawołu. Wyglądają na świeże. Mam ograniczone zaufanie do wszelkiej maści przewodników, a szczególnie w takich krajach jak Indie. Uruchamiam więc swoją wyobraźnię i logikę.
Jeżeli bawół lub co gorsza bawoły są przed nami, to jedyna droga ich ewakuacji jest naszą ścieżką na dół, przez nas? Po bokach są stromizny, nie dla krowy przecież, tak sobie rozmyślam.

IMG_0272

Charls ruchem ręki nakazuje mi ciszę, następnie pokazuje na wprost, jakieś 30 m przed nami właśnie na naszej ścieżce pasie się ogromne zwierzę z dużymi rogami, jak wół tylko większy, chyba nas nie zauważył, po chwili w pole naszego widzenia wchodzi drugi osobnik, patrzy przez moment w naszym kierunku i nagle skoczył do przed siebie w przepaść, za nim drugi i tyle je widzieliśmy. Na szczęście zbocze, które dla mnie było strome dla nich było normalne, nie przebiegły przez nas.

Fantastycznie byłoby spotkać dzikie słonie, rozkręcam się.
Pytam czy spotkał tu tygrysa, tak rok temu.
– Leopardy też są – dodaje- i małpy … – widzimy przemykającego po koronach drzew scoorli. Gigant Indian scoorli.
– Uważaj na leech, nie zatrzymuj się w jednym miejscu – ostrzega.

IMG_0266

Pierwsza pijawka pojawiła się na mnie, jak patrzyliśmy na gaura.

Zatrzymał się na małej polance i jakby odgadując moje myśli mówi,
– Mam w plecaku spodnie przeciwdeszczowe, luźne, powinny być dobre na ciebie, może założysz ?
– Chętnie my friend.
Przy zakładaniu spodni poczułem że ona jest i próbując przyczepić do się do mojego uda, wije się po mojej nodze.
Chociaż nie jest to przyjemne, poprzez ortalionowe spodnie próbuję ją zgnieść palcami
– Nie dasz rady – mówi- musisz zdjąć spodnie i ją wyrzucić. Odsłaniam nogawkę a łydka cała we krwi, widać była też druga, o jest trzecia wisi na mojej łydce, może gdzieś mam kolejne.

IMG_0331

– Czują zapach krwi  – mówi mój przewodnik -teraz będziesz je już przyciągał.
No ładnie. Próbuję palcami ją oderwać, brrrrrrrr
– Nie można ich odrywać, bo będzie krwawiło – tłumaczy- tylko trzeba posypać tym proszkiem.
Weź to kurczę nie odrywaj, wisi coś czarnego, wysysa krew, a ja mam proszku szukać. Klnąc bez ograniczeń (przecież mnie nie rozumie) przeglądam każdy zakamarek swojego ciała. Zauważyłem, że pijawka potrafi leżeć na skarpecie, a aparat gębowy zwęzić tak, taki ryjek zrobić, że potrafi się gdzieś tam przecisnąć pomiędzy nitkami skarpetki przyssać się do mnie.
Ja chyba naprawdę kocham góry skoro w to lezę.

Wyszliśmy na partię szczytową, powyżej 2000 m.n.p.. Skończył się las Shaola, jest coś jakby połonina, szczyt porośnięty wysoką trawą.
– Tutaj nie ma już leech – informuje mnie Charston ze współczuciem w głosie- jest dla nich za sucho. Jesteśmy też poza strefą słoni -informuje mnie
Jaka szkoda, fajnie byłoby się pochwalić…widziałem dzikie słonie…

– To jest stary rododendron – wskazuje na grube niskie i drzewo. Patrzę uważnie, rzeczywiście to liście rododendronu, jak mógłbym nie rozpoznać, mam takie w ogródku. Widziałem kiedyś bardzo stare w ogrodzie pod Poznaniem miały 150 lat, ale przy tym olbrzymie wyglądały jak młode sadzonki. Obskakuję drzewo z każdej strony. Tuż nad ziemią rozwidla się na dwa grube pnie. Przy samej ziemi ma taki obwód, że z pewnością nie byłbym w stanie objąć.
Kurczę jaka szkoda, że nie jesteśmy tu podczas kwitnienia, rozglądam się wokół i dostrzegam w trawie jeszcze kilkadziesiąt sztuk tylko znacznie młodszych. Musi tu być pięknie wiosną.
Ile on może mieć lat ? 500 na pewno. Ile może mieć średnicy ?
Jak go zmierzyć. Przypominam sobie, ze mam w plecaku rolkę papieru toaletowego, którą zawsze na takich wyprawach warto mieć.
Postanawiamy owinąć drzewo papierem, oderwać ten kawałek i po powrocie zmierzyć.

Oczywiście przez cały dzień nie spotkaliśmy żadnego turysty ani nawet tubylca
Wieczorem gdy zdejmuję buty, cała moja lewa stopa jest we krwi, jeszcze jedna cholera się nachłeptała.
Obwód Rododendronu przy ziemi wynosił 2,5 metra.

[FM_form id="2"]

Cezary borowy

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Udostępnij albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję 🙂

Udostępnij