Żeby moja mama to widziała

Udostępnij

Kerala - indie

15.10.2018

      Jest trzynasty października 2018 roku, pierwsze kilometry za mną. Droga prowadzi równolegle do wybrzeża, jakiś kilometr od brzegu. Czuje się tu jeszcze bryzę morską. Trzydzieści stopni, temperatura akurat do marszu. Wokół mnie tak intensywna zieleń, że oczy bolą. To jest Kerala, w tłumaczeniu z Malajalam: kraj palm. Popularny slogan opisuje ten region jako Gods Own Country, dosłownie tłumacząc: własny kraj boga, a bardziej literacko: osobisty kraj boga.
Teraz dwa tygodnie po najbardziej intensywnym monsunie od lat, pojawiło się słońce i przyroda wręcz eksploduje żywotnością, radością. Kurcze, czy nie wpadam już w grafomanię ?
Co chwilę się zatrzymuję, aby nagrać na dyktafon swoje wrażenia, zrobić zdjęcia. Lokalsi i tak zainteresowani moją osoba, bo białasy rzadko tu zaglądają, dziwią się podwójnie. Co ten facet z plecakiem widzi w normalnych drzewach przy drodze. To tak, jakby przez polskie wioski szedł, szedł czarny z Afryki i robił zdjęcia brzozom i sosnom.
Ale jak tu się nie zatrzymać, nie podziwiać, jestem w tropikach, to widać i czuć. Dziecięce marzenia spełniają się po raz kolejny.
Odzywa się we mnie dendrolog, moje pierwsze wykształcenie zobowiązuje. Wspaniałe okazy roślin tuż przy drodze. Chcę znać nazwy tych wszystkich wspaniałych drzew, pnączy i krzaczorów. Robię więc zdjęcia nie tylko całym drzewom, ale też ich pojedynczym liściom.
Obiecuję sobie, że wieczorem w hotelu wykorzystując Google Grafica będę opisywał botanikę Indii.
No dobrze, jak nie dam rady, to zrobię to po powrocie do Polski. Zobaczycie !!!

      Nawigacja Google Maps sprawdza się doskonale, dodatkowo wszyscy mnie pozdrawiają, ale nie są namolni. Czuję, że to był dobry plan, tak sobie iść i kontemplować. Samotność mi nie doskwiera, raz że ją lubię a dwa mając wykupioną dużą porcję Internetu to mimo że jestem na Indyjskiej prowincji, to cały czas na sztywnym łączu ze wszystkimi, którzy są ważni dla mnie.

      Monsun, wreszcie to zrozumiałem. Wszyscy wiemy, że oznacza intensywne opady w porze letniej na subkontynencie. Teraz uwaga zacytuję definicję, tylko się nie zniechęcajcie i przebrnijcie przez te cztery linijki a czeka Was nagroda.Cytuję naukową definicję:

Monsuny powstają efekcie różnicy ciśnienia atmosferycznego między dużymi obszarami lądów i oceanów. Wyróżniamy dwa typy wiatrów monsunowych: Monsun letni – wiejący w miesiącach letnich od strony oceanu w kierunku mas lądowych. Monsun zimowy – wiejący w miesiącach zimowych od strony lądu w kierunku oceanu.

Zrozumieliście pewnie tyle, co ja? Wieją raz w jedną, raz w drugą, no i padają intensywne deszcze. Tylko, że mnie taki poziom wiedzy irytował, grzebałem w necie, aż zrozumiałem. Teraz po mojemu, na poziomie fizyki z siódmej klasy szkoły podstawowej.

Na subkontynencie w kwietniu robi się już bardzo ciepło, ostatnio, jak byłem to piętnastego kwietnia było trzydzieści dziewięć stopni w cieniu. Pod koniec maja dochodzi do pięćdziesięciu. Biura podróży i przewodniki odradzają wówczas wyjazdy.  
Tak samo dzieje się nad oceanem Indyjskim, to samo słońce operuje przecież nad lądem i oceanem. Tylko, że ziemia nagrzewa się mocniej niż woda w oceanie. Powietrze nad lądem jest bardziej rozgrzane niż nad wodą. Rozgrzane powietrze znad Indii unosi się więc do góry a w to miejsce błyskawicznie wchodzi też ciepłe, ale wyraźnie mniej, bo znad wody, powietrze znad oceanu Indyjskiego. Mechanizm podobny jak przy otwarciu okna w zimie, ciepłe powietrze wylatuje a w to miejsce wchodzi zimne, oczywiste, prawda?
Wchodzi, czyli wieje od strony morza w kierunku lądu. To monsun właśnie, zatrzymuje się na paśmie Himalajów, bo to jednak osiem kilometrów w górę, zatrzymuje się, kotłuje, wilgoć się skrapla i mamy intensywne deszcze. We wrześniu w wyniku obrotu ziemi wokół słońca  sytuacja się odwraca, powietrze nad subkontynentem staje się chłodniejsze niż to nad oceanem. Czyli ciepłe powietrze znad wody unosi się do góry a w jego miejsce napływa chłodniejsze znad Indii. Kierunek wiatru się odwraca, i tyle.

Odbywa się to z niesamowitą regularnością, którą ludzie wykorzystywali przynajmniej od VII w do podróży morskich, tak a propos Vasco da Gamy. Podróże pomiędzy regionem zatoki Perskiej, wybrzeża Suahili w Afryce były bardzo łatwe. Wystarczyły proste łodzie z żaglem zwane dow, załadowane towarem w Afryce, gdy ruszył monsun letni, po prostu musiały mu się poddać a on nie zmieniając kierunku pchał je prosto na wybrzeże Indii. Następnie należało poczekać kilka miesięcy aż wiatr się odwróci i ruszyć w drogę powrotną.
Nasz Vasco opływając Afrykę tego nie wiedział. Na swoje szczęście spotkał jednak na wybrzeżu Afryki, żeglarzy arabskich, którzy na własną zgubę mu o tym patencie powiedzieli i jeszcze dali przewodnika.

      Jaki piękny filodendron wije się wokół palmy kokosowej. Przecież filodendrony żyją w doniczkach.
Żeby to moja mama widziała, miałbym partnera do rozmowy i zachwytów.

IMG_20181013_151146
[FM_form id="2"]

Cezary borowy

Cieszę się, że tu jesteś! Mam nadzieję, że spodobał Ci się i zaciekawił ten wpis. Jeśli tak, to będzie mi niezmiernie miło, gdy klikniesz Udostępnij albo dołączysz do dyskusji! To dla mnie ważne, bo pokazuje, że warto dalej pisać. Masz uwagi, komentarze, pytania? Nie wahaj się, napisz! Cieszę się z każdego sygnału od Ciebie! Dziękuję 🙂

Udostępnij